Saturn i Hypnos




Rewolucja ma swoją antyczną tradycję nie tylko, jak przyjęło się mniemać, za sprawą powstania Spartakusa, które było jedynie paroksyzmem buntu, desperacką rewoltą straceńców prolongujących sobie termin wyroku. Znacznie bliższe nowożytnemu pojmowaniu rewolucji są rzymskie saturnalia - święto równości stanów, szalona orgia wolności, karnawał demokracji. Saturn jest bogiem siewu. Niecierpliwość siewców czyni go jednak patronem swoiście pojmowanych żniw. Wprawdzie, jak słusznie zauważył Lammanais: Żaden akt przemocy nie zdoła przyspieszyć ani o sekundę wzrostu źdźbła trawy, a tym bardziej nie zdoła przyspieszyć rozwoju społeczeństwa, ale ta wiedza obca jest zbiorowościom, które wyrwały się z pęt.

Rewolucja wyzwala energię, której nie sposób okiełznać, musi ona osiągnąć pułap ostatecznego, bliskiego śmierci wyczerpania. Wówczas wygasa sama, cicho i niepostrzeżenie. Ale póki co - ça ira... Na razie starcza jeszcze i chleba, i igrzysk. Gra ma swój powab - nawet krupierzy nie znają wysokości stawki, nie są w stanie przewidzieć liczby obrotów tej Rulety Dziejów, nie wiedzą czyje głowy potoczą się jutro... Rewolucja, jak Saturn, pożre własne dzieci.

Napis nad bramą cmentarza w Errancis, gdzie spoczywają doczesne szczątki Robespierre'a, Saint-Justa i ich szesnastu zgilotynowanych towarzyszy, zawiera tylko jedno słowo: D O R M I R . Spać. Właśnie - spać. W tej jakże lapidarnej inskrypcji zamyka się osobliwe przesłanie, na nic już nieprzydatne zdekapitowanym ciałom tych, którzy przerwali historii menueta, zmuszając ją do pląsu w rytm karmanioli. Z rozchylonych w ostatecznym zdumieniu ust nie dobędzie się już żadna płomienna tyrada, żaden argument nie poruszy tej cienkiej warstwy ziemi zmieszanej z niegaszonym wapnem. Cmentarny dół to ostatni bastion rewolucji. Tylko tutaj hasło liberté, égalité, fraternité znajduje pełne urzeczywistnienie, spełnia się bez reszty przy wtórze cichego chichotu Mademoiselle La Mort, nieprzejednanej, chudej radykalistki, nieprzekupnej jak sam Robespierre, stałej bywalczyni jakobińskich klubów, arystokratycznych salonów i ciemnych nor nędzarzy. To ona nadaje szczególny sens braterstwu prześladowców i prześladowanych, to ona przywraca im równość, to ona otwiera przed nimi ostateczny wymiar wolności, cóż, że już daremnej? Jej mroczne królestwo okazuje się najdoskonalszą z republik.

Na razie jednak wciąż jeszcze trwa święto - święto ognia i krwi, święto przebudzenia. Niezliczone porównania z jutrzenką, brzaskiem, świtem Nowego Dnia, jakich nie szczędzą nam poeci uczestniczący w wielkich zrywach różnych epok, mogą irytować płytką metaforyką, infantylizmem spostrzeżeń, natręctwem odniesień - jednak mogą stać się pretekstem do zrozumienia istoty tego fenomenu, jakim jest rewolucja, każda rewolucja. W istocie, wyrywa ona z letargu wszystkich: pospólstwo i elity, "motłoch" i "wybrańców bogów". Ludzie otrząsają się z resztek snu, rozwierają szeroko powieki i zdumieni przypatrują się narastającej lawinie wypadków, przetaczającej się przez ich miasta, domy, przez nich samych. Przeglądają się w odpryskach strzaskanego lustra, które nazywali dotąd rzeczywistością. Oślepieni refleksami światła wlepiają wzrok w swoje odbicia, groteskowe niczym w jarmarcznym gabinecie śmiechu. Rwący strumień zdarzeń nie pozwala na zastanowienie, na refleksję, może z wyjątkiem tej jednej: więc to zwierciadło było aż tak fałszywe, zawodne i kruche?

Spojrzenie w przeszłość poprzez "teraz" często tę przeszłość deformuje, czyniąc ją martwą, płaską, niedorzeczną. I tak oto to, co wczoraj było oczywiste, dziś jest mirażem, złudzeniem, koszmarem. Prawdą jest tylko owo "teraz", nowa powszedniość, nowa rzeczywistość, która jutro stanie się równie oniryczna. I bezsenność, najzupełniej dosłowna. Tak o tym pisał Billaud-Varenne, członek Komitetu Ocalenia Publicznego w latach 1793-94: Piętnaście godzin pracy dziennie; odpowiedzialność przerażająca; troska, by tyle przedsięwzięć naraz posuwało się naprzód; niepokój związany z tyloma operacjami, od których zależały triumf lub zguba Republiki; nieustająca obawa, że nadejdą jakieś katastrofalne wiadomości; wciąż obecna perspektywa nowych niebezpieczeństw; nieprzerwane konflikty z kolejnymi frakcjami (...) Nie sądzę, by można było wyobrazić sobie egzystencję bardziej męczącą, cięższą, bardziej nieznośną.

Prometeusz, który wydarł bogom żagiew buntu, pierwszy doświadczył tej samej tortury. Dlatego snu nie zaznasz, ani odpoczynku - tymi słowy obwieścił mu wyrok Hefajstos. W wirującym kalejdoskopie rewolucji piekło bezsenności staje się udziałem tysięcy jej uczestników. W spiesznym ugniataniu lepkiego błota dziejów nie może przecież nikogo zabraknąć. Ten rozpędzony korowód nie potrafi się już zatrzymać, choć w ustach narasta smak popiołu, a piasek w oczach gęstnieje w gruboziarnisty żwir, jakby ktoś sypnął miałkim szkłem w źrenice. Na krawędzi halucynacji, co jak wiadomo sprzyja masowej hipnozie, zrewoltowane tłumy przenoszą się w inny wymiar, wyrywają się z czasu, spod kontroli wszechobecnych zegarów i kalendarzy (wkrótce zastąpią je nowymi), próbują spętać Chronosa i powieść go na stracenie wraz z innymi symbolami ordre établi, dotychczasowego porządku.

O tak, zdeptać to wczoraj, spalić i zapomnieć. Dosyć tyranii klepsydr, wahadeł, wskazówek. Od dziś to się zmieni. Precz z nocą! Bawmy się. Tańczmy, ucztujmy i pijmy. Na pohybel ciemnościom, które z taką regularnością nas obezwładniały. Dosyć tych starych porządków, tych kosmicznych przesądów, tej gnuśności sączącej się w żyły. Świat jest nasz, a więc i czas jest nasz. Stanowiąc zatem światu nowe prawa, inicjujemy też nową epokę; epokę światła i zgiełku. Naprzód! Szybciej, szybciej! Przecież to tak blisko, na wyciągnięcie ręki, tuż, tuż, za zakrętem jest ta piękna fantasmagoria - rozległa kraina sprawiedliwości, powszechnego szczęścia i nowego, ostatecznego ładu. Zatem - naprzód. Przez swąd zgliszcz, przez zaduch rozkładu, przez rozpaczliwe krzyki nazbyt opieszałych. Naprzód!...

Lecz cóż to? Tak przed chwilą wyraźne Wzgórza Nadziei zdają się coraz odleglejsze, zasnuwa je mgła. Wokół tylko spalona równina. Nie ma dokąd wracać. Brakuje powietrza. Wyschnięte gardło zniekształca buńczuczne okrzyki, język kołowacieje i trudno wychrypieć kolejną pieśń, wyskandować kolejne żądanie. Mdląca pustka własnych trzewi rozdyma się w próżnię wypełniającą czaszkę. Gilotyna, jeszcze przed chwilą tak błyskotliwa i bezkompromisowa wobec maruderów, nagle okazuje się beznadziejnie tępa. No i ta plama, tam... Nie, to nie krew. To rdza.

Zmęczenie. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Ręce gorączkowo, na oślep, szukają posłania. Gdzież są ci, którzy nas tu przywiedli, goniąc za swymi mirażami? Spójrzcie, są jeszcze słabsi od nas. Wyczerpani, trawieni gorączką, jeszcze próbują szeptać nam słowa otuchy, wskazują za horyzont, uparcie prą naprzód. Dosyć. Zabić ich, zabić, zanim pogrążymy się we śnie. Inaczej znów gotowi nas dręczyć, szarpać, pokrzykiwać, domagać się czegoś... O tak, mają za swoje, trzeba tylko zakopać trupy i wracać. Ale jeszcze nie teraz. Nie teraz. Teraz - spać, spać, spać.

Saturn - wedle astrologów planeta rewolucji, przewrotów, zamachów - podsyca gniew, niepokój, potrzebę odwetu. Jest symbolem destrukcji i zniszczenia. Ale Hypnos, syn Nocy i Ereba, grecki bóg snu, jest bliźniaczym bratem Thanatosa, bóstwa śmierci. O tym też warto pamiętać.



Appendix

Manifestujący w marcu 1861 roku na ulicach Warszawy tłum, gdy już dotarł przed siedzibę carskiego namiestnika, Michaiła Gorczakowa, został przezeń przyjęty okrzykiem: "Precz, precz! Spać!" Demonstranci zdobyli się wówczas na przepyszny respons, odkrzykując: "Idźże sam spać, jeśli chcesz! Spaliśmy przez trzydzieści lat, to wystarczy. Nam się spać nie chce!" Ta zapowiedź kolejnej insurekcji, kolejnego zrywu, stanowi zarazem dobitne świadectwo, że pozorna niepamięć, gnuśność i apatia może zwieśc jedynie panujących.

W zbiorowej podświadomości mocno tkwi archetyp buntu. Bywają zresztą sny prorocze, sny o przebudzeniu. Zwykle się sprawdzają.