O randroidach

                                                                   
                             

Najpierw wyjaśnijmy sobie znaczenie słowa randroid, które już od blisko dwóch dekad funkcjonuje w języku angielskim, w Polsce natomiast wciąż jest mało popularne, a szkoda.

Pojęcie to jest swego rodzaju wyrafinowanym kalamburem pochodzącym od określenia android (gr.anthropos – człowiek, istota ludzka), które oznacza sztuczny humanoidalny twór, rodzaj maszyny zewnętrznie przypominającej istotę ludzką. Pojawia się on dość często w literaturze i filmach science-fiction. To człekokształtne mechaniczne urządzenie jest bezosobowe, choć większość androidów posiada męskie (gr. andros  – mężczyzna) lub nieokreślone cechy anatomii. Jednak nierzadko spotkać można i odmiany imitujące wyglądem, głosem i zachowaniami kobiety.

Androidy pojawiły się w słynnym filmie Ridleya Scotta  Łowca androidów, opartym na klasycznej już powieści Philipa K. Dicka Czy androidy śnią o elektrycznych owcach, a także w Gwiezdnych wojnach, Obcym,Terminatorze, czy serialu Star Trek.Rzadko natomiast wymienia się w tym kontekście film Johna Carpentera z roku 1988 They Live, oparty na powieści Raya Nelsonaskądinąd przyjaciela i współpracownika Philipa K. Dicka. A choć mowa tam o przybyszach z odległych galaktyk, to są oni jak najbardziej androidalni. Warsztatowo film ten jest może nie najwyższych lotów, nie ma zresztą jakichś szczególnych aspiracji, a mimo to jego fabuła i przesłanie także dziś zasługują na uwagę.

Prekursorami androida, mocno poruszającymi wyobraźnię wielu pokoleń, byli z pewnością Golem, Frankenstein i faustowski Homunkulus, a później pojawiający sie u Karela Čapka i Isaaca Asimova robot oraz jeszcze późniejszy cyborg, stanowiący osobliwy melanż (w różnych proporcjach) człowieka z maszyną.

Wróćmy jednak do popularnego (czy „kultowego”, jak się to obecnie modnie określa) filmu Scotta. Androidy jakie się w nim pojawiały nazywane były replikantami. Stanowiły one niezwykle wyrafinowany technologicznie produkt wytwarzany dzięki osiągnięciom bioinżynierii przez Korporację Tyrella (w literackim pierwowzorze – Rosena). Niezależnie od zaimplementowanej, niejednokrotnie dość wysokiej inteligencji, okazy te były pozbawione uczuć wyższych. Ich zdolności intelektualne i fizyczne były natomiast dość zróżnicowane, zależnie od potrzeb, dla których tworzono poszczególne modele.

Stanowiły one tak udaną zewnętrznie imitację żywych ludzi, że można było je rozpoznać jedynie po zastosowaniu specjalnie w tym celu opracowanego testu na empatię (test Voight-Kampffa). Ich przebywanie na Ziemi było zabronione. W przypadku złamania tego zakazu były likwidowane przez specjalne oddziały policji - tzw. Blade Runnerów, co powodowało pewne zagrożenie dla ludzi, ponieważ – jako się rzekło – rozróżnienie nastręczało spore trudności. Egzekucję replikanta określano eufemistycznie jako „przeniesienie w stan spoczynku”. Tyle o androidach.

Randroid natomiast to tyleż zabawne, co nader adekwatne określenie (patrz tutaj lub tutaj) fanatycznego wyznawcy pseudofilozofii „obiektywizmu” Ayn Rand, pod którym to pseudonimem skrywała się sławetna autorka „Cnoty egoizmu” Alissa Rosenbaum. Jej perwersyjna osobowość wywarła wielki – i chyba wciąż niedoceniany – wpływ na kształtowanie się wszechwładnie dominujących dziś doktryn neoliberalnych. Oczywiście, na gruncie ekonomii zasadniczą rolę odegrały szkoły austriacka i chicagowska, ale można by rzec, że Rand w sferze filozoficzno-literackiej pełniła rolę komplementarną wobec pseudonaukowych teorii Ludwiga von Misesa, Friedricha von Hayeka czy Miltona Friedmana.

Rand uparcie utrzymywała, że: „Idealnym systemem polityczno-ekonomicznym jest liberalny (laissez-faire) kapitalizm. To system, w którym ludzie współdziałają nie jako kaci i ofiary, ani jako panowie i służba, ale jako handlowcy, z nieprzymuszonej, wolnej wymiany dóbr dla wzajemnej korzyści.”

Ta niezbyt urodziwa nimfomanka, ochoczo deprawująca młodzianków, była przekonana, że osoby jej pokroju, to znaczy wyzbyte jakichkolwiek zahamowań natury etycznej, niezbyt są skłonne ujawniać swoje prawdziwe oblicze: „Od dzieciństwa ukrywaliście wstydliwy sekret, że nie czujecie pragnienia by być moralnymi” (Atlas Zbuntowany). Uważała także, iż najlepszą drogą do osobistego spełnienia jest – poza dążeniem do osiągnięcia bogactwa – orgiastyczne wręcz zaspakajanie własnych zachcianek i popędów. Nawet jako niemłoda już mężatka z upodobaniem potrafiła toksycznie uzależniać znacznie młodszych kochanków, czerpiąc tez satysfakcję z inicjowania osobliwych związków  w przeróżnych (na ogół sadomasochistycznych) konfiguracjach.Wykazywała cokolwiek rajfurski rodzaj zaangażowania w te układy i można by ją zapewne uznać za prekursorkę dzisiejszych swingersów. Interesującym przyczynkiem do tej strony jej osobowości jest z pewnością film The Passion of Ayn Rand. 

Obsesyjnie wręcz nienawidziła wszelkich przejawów altruizmu. „Niech waszym pierwszym krokiem ku poszanowaniu własnej wartości będzie nauczenie się by każdego, kto chce od was pomocy traktować jak kanibala.”

Ciekawe, że jej pierwsza nieukończona powieść (notatki i partie tekstu, które zdążyła napisać, zanim z tego zamysłu zrezygnowała ukazały się drukiem dopiero w jej wydanych pośmiertnie „Dziennikach”) zatytułowana The Little Street miała być wyidealizowanym portretem sprawcy okrutnej zbrodni, która wstrząsnęła nie tylko Los Angeles, gdzie jej dokonano, ale całą ówczesną Ameryką. Niejaki William Hickman uprowadził i – mimo otrzymania okupu – okrutnie zamordował dwunastoletnią dziewczynkę, wcześniej zaś dokonał innego zabójstwa oraz pomniejszych przestępstw. Reakcja panny Rosenbaum, która ledwie kilka miesięcy wcześniej przybyła do Stanów (skądinąd szlochając ze wzruszenia na widok panoramy Manhattanu) na relacje o tym bestialstwie była… hmm…. dość dziwna. „Pierwszą rzeczą, która wywarła na mnie wrażenie w tym przypadku jest zajadła wściekłość całego społeczeństwa zwrócona przeciw jednemu człowiekowi. Bez względu na to, co ten człowiek zrobił, zawsze jest coś odrażającego w ‘cnotliwym’ oburzeniu i masowej nienawiści wykazywanej przez tzw. ‘większość’.”

Rand określała wprawdzie Hickmana słowem potwór (z niejaką dozą podziwu dla jego wynaturzenia), ale zafascynował on ją tak dalece, iż utrzymywała, że jej powieść ma ukazać prawdziwą, wrodzoną psychologię Supermana, dodając, iż chce w ten sposób oddać „obraz człowieka, który nie ma szacunku dla czegokolwiek, co społeczeństwo uznaje za święte i ma świadomość, że należy tylko do siebie. Człowieka, który rzeczywiście jest sam, w działaniu i w duszy.” Zanotowała, iż bohaterem powieści będzie „Hickman z poczuciem celu. I bez znamion degeneracji”. Skąd wziął się u niej ten zamysł? Admiracja Rand dla zwyrodniałego mordercy wynikała bez wątpienia z poczucia jakiegoś psychopatycznego, egomaniakalnego powinowactwa z tym typem.

Ta upiorna grafomanka (każdy kto czytał jej Hymn lub Źródło zgodzi się zapewne ze mną co do oceny jej literackich talentów) wywarła ogromny wpływ na wiele umysłów amerykańskiej elity m.in. na Alana Greenspana, który od 1952 roku bywał regularnie w jej osobliwym salonie i podekscytowany wysłuchiwał fragmentów powieści Atlas zbuntowany zanim ukazała się ona drukiem. Bez wątpienia znacząco wpłynęło to na jego psychikę i sferę emocjonalną. Zauroczony swoją mentorką wkrótce zaczął też pisywać w piśmie The Objectivist – zamieszczane tam teksty są dobrym przykładem przejawów zaburzonego postrzegania świata przez zwolenników „filozofii obiektywizmu”. W tekście Gold And Economic Freedom opublikowanym w roku 1966 Greenspan – jakże odważnie i bezkompromisowo – opowiedział się po stronie warstw najbardziej jego zdaniem pokrzywdzonych, czyli... najbogatszych: „Polityka finansowa państwa dobrobytu powoduje, że posiadaczom bogactwa odbiera się jakiekolwiek środki do jego obrony”. Nic dziwnego, iż później konsekwentnie utrzymywał, że podatki to „podstępna konfiskata majątku”.

I właśnie temu modelowemu wręcz randroidowi powierzono w 1987 roku opiekę nad amerykańskimi (a niebawem już globalnymi) finansami. W ten sposób przedstawiciela grup kwestionujących prawo państw i rządów do jakiejkolwiek ingerencji w kwestie gospodarcze i społeczne ulokowano na jednym z najbardziej istotnych stanowisk rządowych. Jak zauważa Raj Patel wyglądało to tak, jakby hipis wstąpił do marines. Gdzie od razu – dodajmy – powierzono mu funkcję najważniejszego stratega, co czyni sytuację przedstawioną w tej celnej metaforze jeszcze bardziej paradoksalną.

Nic dziwnego, że gdy objął FED przez lata konsekwentnie realizował doktrynę deregulacji i „pozostawiania spraw rynkom”, stanowiąc swego rodzaju wyrocznię dla administracji Reagana, Clintona oraz obu Bushów. Dopiero w październiku 2008 roku, gdy walił się efektownie system światowych finansów, na przesłuchaniu przed Komisją Kongresu ds. Nadzoru Greenspan wyznał z rozbrajającą szczerością: „Odkryłem błąd w modelu, który uważałem za kluczowy w opisie funkcjonowania świata.” Jednak, choć on sam – wobec niezbitych faktów – uznał klęskę swojej ideologii, większość randroidów nie jest skłonna pójść w jego ślady.

Spuścizną i popularyzowaniem „filozofii” Alissy Rosenbaum zajmuje się kilka stowarzyszeń jej wielbicieli, jak choćby The Atlas SocietyThe Ayn Rand Society  czy najbardziej eksponowany pośród nich Ayn Rand Institute. To ostatnie zrzeszenie rozdało w amerykańskich szkołach półtora miliona egzemplarzy książek swojej patronki – natarczywie proponując je wszystkim nauczycielom skłonnym dezorientować i deprawować przy jej pomocy młode, niezbyt jeszcze odporne umysły.

Poza brzmieniem i pewnym powinowactwem ideologicznym nic nie łączy wspomnianego powyżej instytutu z innym amerykańskim think tankiem założonym w 1948 roku w Kalifornii, pracującym na potrzeby sił zbrojnych USA, a noszacym nazwę RAND Corporation. Nazwa ta wywodzi się ponoć od skrótu Research ANd Development, a przewinęło się przez tę bardzo dziwną formację wiele klasycznych, modelowych wręcz okazów randroidów, m.in. :

  • John von Neumann, współtwórca pierwszej bomby atomowej, a także wodorowej i rakiet balistycznych;

  • Herman Kahn - teoretyk wojny jądrowej i planowania scenariuszowego;

  • Harry Max Markowitz, teoretyk finansów, szczególnie optymalizacji inwestycji, twórca tzw. teorii portfelowej;

  • Francis Fukuyama, sławetny twórca pojęcia „końca historii”, a ostatnio „końca człowieka”;

  • Condoleezza Rice, w okresie dwóch kadencji Busha jra kierująca polityką zagraniczną USA;

  • Lewis „Scooter” Libby, nazywany Cheneyem Cheneya, były szef personelu ex-wiceprezydenta;

  • pełniący swego czasu w RAND funkcję przewodniczącego Donald Rumsfeld, który jest istną kwintesencją randroida.

Swoją drogą, prócz pseudonimu Ayn Rand i nazwy wspomnianej powyżej organizacji, nie pozbawionych znaczenia skojarzeń z terminem randroid znaleźć można więcej.

Jak bowiem wiadomo, rand to także nazwa ery prekambryjskiej, w której kształtowały się pierwsze organizmy, a randroid przypomina swoim zachowaniem właśnie prymitywny organizm, coś w rodzaju bakterii.
 
Ponadto rand to waluta RPA, której nazwa pochodzi od zagłębia wydobywczego złota, zlokalizowanego w jednym z masywów górskich. A ponieważ złoto jest dla randroida bodaj najważniejszym punktem odniesienia, więc i tu mamy ciekawe konotacje. Nie tylko jest on bowiem – za monetarystami – zwolennikiem oparcia wszelkich walut o parytet złota, ale właśnie ono – jako symbol bogactwa – sprawia, że podąża on ku niemu jak inne organizmy ku światłu słońca. Zapominając przy tym, że złoto jest jedynie umownym przedmiotem wymiany i nie jest w stanie zaspokoić rzeczywistych, podstawowych potrzeb żywych organizmów.

I jeszcze jedno znaczenie: rand() czyli nazwa funkcji (skrót od random) z biblioteki standardowej języka C, używanej jako generator liczb losowych i stanowiącej jeden z elementów sztucznego języka.

Właśnie kategoria sztuczności wydaje się tu jedną z najważniejszych kwestii. Randroid jest bowiem bez wątpienia nade wszystko artefaktem – kulturowym i behawioralnym, choć przecież pod względem biologicznym stanowi – jak my wszyscy – utkaną z białka formę materii ożywionej. Jest on zaprogramowany w ten sposób, że centralnym punktem odniesienia jest dla niego kwestia akumulacji kapitału, a wszelkie relacje między ludźmi postrzega w kategoriach transakcji.

Algorytm, wedle którego działa jest niezwykle prosty. Można by go porównać do sposobu funkcjonowania niektórych owadów – ma wbudowany rodzaj wewnętrznej geonawigacji zorientowanej na zysk i stara się zawsze podążać w kierunku, w którym wydaje mu się, że go zwęszył, dostrzegł, czy też o nim zasłyszał. Innymi słowy randroid to android zorientowany na rynek (nie dajmy się jednak zwieść, słowo to jest tu jedynie kryptonimem kapitalizmu).

Powtórzmy to jeszcze raz: randroid jest nade wszystko sztuczny. Zupełnie nie odpowiada mu jego naturalny status. Transcendencja do jakiej dąży to wydostanie się z pęt natury, niezgoda na przyjęcie zwykłej ludzkiej kondycji.

Randroidy są (wg typologii zaproponowanej dla nieco innych celów przez Fromma, a bardzo tu adekwatnej) przeważająco nekrofilne – w opozycji do jednostek biofilnych. Zdecydowanie wolą różnego rodzaju przedmioty i urządzenia od istot żywych. Mają faszystowskie upodobanie do specyficznie pojmowanej „czystości” i „ładu” (wszystko na swoim miejscu i w swoich przegródkach).

Wybitny psycholog Jean Piaget wyróżniał w rozwoju dziecka etap, na którym jest ono przekonane, że świat jest tylko dodatkiem do niego samego. Randroid nie wychodzi zwykle z tej fazy rozwoju. Jest zatem osobowością socjopatyczną i narcystyczną, a nawet egomaniakalną. Nieustannie dąży do podporządkowania sobie innych, traktowanych przedmiotowo. Jest w zasadzie niezdolny do empatii, natomiast potrafi ją symulować. W swojej bardzo perwersyjnej „racjonalności” jest unowocześnionym produktem mechanicystycznego, kartezjańskiego pojmowania świata.

W sferze relacji seksualnych randroida interesuje wyłącznie aspekt kto kogo, a nie kto z kim. Liczy się dlań bowiem przede wszystkim podporządkowanie. Najbardziej adekwatne wydaje się tu odwołanie do subkulturowego slangu więziennego – randroid dąży do „przecwelenia” innego obiektu, nie tylko w sferze seksu, ale w biznesie i na gruncie wszelkich umów zawieranych między ludźmi stąd pojawiające się jako synonimy mniej lub bardziej wyrafinowanych oszustw i podstępów określenia „wydymać”, „wyruchać”, a nawet bardziej jeszcze wulgarne. Najważniejszym elementem osiągania satysfakcji jest dlań właśnie potrzeba dominacji, a nie współodczuwania. Randroid nie tyle doznaje, co kategoryzuje i kolekcjonuje doznania. Nie potrafi doznawać bezpośrednio.

Można powiedzieć, z czysto biologicznego, a i psychologicznego punktu widzenia, że randroid jest typem przede wszystkim męskim, choć wraz z postępującą maskulinizacją kobiet (nie wiedzieć czemu uznawaną za przejaw emancypacji) typ randroidalny spotyka się coraz częściej – niepokojąco często – wśród pań, zwłaszcza pośród młodszych generacji i zwłaszcza w tzw. sferach biznesowych.

Randroidy rozmnażają się przez przekaz memowy. Zamiast puli genowej przekazywana jest pewna pula memów, choć ukształtowany w ten sposób osobnik powtarzający oklepane formułki na co dzień wtłaczane mu przez media i „ekspertów” często nie jest nawet świadom, że – jak już powyżej wspominaliśmy – jest dziecięciem (z nieprawego łoża) Alissy Rosenbaum i Miltona Friedmana. Chociaż kwestia ojcostwa pozostaje nie do końca wyjaśniona, bo przecież wspomnianą Alissę zapładniały także memy Misesa, Hayeka i diabli wiedzą kogo jeszcze. Cóż, randroid jest ukierunkowany na sukces, a jak wiadomo - sukces ma wielu ojców…

Randroid postrzega świat w perspektywie krótkoterminowej. Liczy się cel, do którego zmierza, a bardziej odległe konsekwencje nie mają dla niego większego znaczenia. Myśli też raczej statycznie, a nie dynamicznie, ponieważ lubi, żeby wszystko było „poukładane” i znajdowało się w swoich przegródkach. Randroid albowiem jest typem kolekcjonera. Nie tyle żyje, co gromadzi: przedmioty (zwłaszcza modne gadżety), których najważniejszą cechą są metki i znaki towarowe, pieniądze, karty kredytowe, wrażenia i doznania, a nawet bliższych i dalszych znajomych (klasyfikowanych według kryteriów ich przydatności), wreszcie pojęcia, idee i poczucie przynależności. I można rzec, że – jak tuwimowscy „straszni mieszczanie” – nie tylko widzi wszystko osobno, ale także postrzega to w innych kategoriach.

Tam gdzie inni widzą – dajmy na to – las, randroid widzi zamiast drzew surowiec dla przemysłu, który można by sprywatyzować osiągając zysk. Tam, gdzie inni widzą niepokojące chmury toksycznego smogu zasnuwające niebo, on widzi możliwość handlu prawami do emisji zanieczyszczeń. A zamiast podobnych sobie istot widzi „zasoby ludzkie”. Jak widać jego percepcja jest mocno zaburzona, nie tyle na poziomie zmysłów, ile prawidłowej interpretacji dostarczanych przez nie sygnałów.

Dla randroidów świat jest nieustanną wojną wszystkich ze wszystkimi, jak utrzymywał już autor „Lewiatana” Thomas Hobbes. Różni ich od niego natomiast to, że nie widzą w gruncie rzeczy potrzeby by ten stan zmienić, wydaje im się on jak najbardziej właściwy. Przynajmniej dopóki wygrywają, bo kiedy ich firmy i banki się walą, zaczynają tłumaczyć, że są one too big to fall – zbyt duże by upaść i żądają wówczas pomocy (czytaj: haraczu) od państwa, czyli wszystkich pozostałych podatników. Cóż, kiedy okazało się, że po uregulowaniu podatków traci on z tytułu tych należności o wiele mniejszy odsetek swych dochodów niż jego pracownicy, znany „inwestor giełdowy” (czytaj: spekulant finansowy) Warren Buffet oświadczył w przypływie szczerości: „Tak, trwa walka klas, ale to moja klasa, klasa ludzi bogatych, toczy wojnę i to my wygrywamy”. Nic, dodać, nic ująć – choć pojęcia „klasy” w ślad za Władcami Dyskursu randroidy skrzętnie unikają, a gdy się już pojawi, kwestionują jego przydatność.

Randroidy zwykle nie lubią państwa. Jeśli skłonne są je tolerować, to tylko okrojone do postaci sądowo-policyjno-militarnej, a jedynym jego celem i powołaniem byłaby ochrona majątków najbogatszych przed zakusami pozostałych. Niektórzy uważają, że nawet armię, policję, wymiar sprawiedliwości i zakłady penitencjarne należałoby – wzorem Stanów Zjednoczonych – wyjąć z kompetencji państwa, zaś co bardziej fanatyczni chcieliby nawet państwo całkowicie sprywatyzować, czyli de facto zlikwidować.  Nic dziwnego, skoro już von Hayek stwierdził bez osłonek, iż: „Likwidacja suwerenności państw jest niezbędnym i logicznym celem programu liberalnego.”

Inną cechą charakterystyczną randroidów jest to, że jeśli już (mimo swojej awersji do procedur demokratycznych) decydują się brać udział w wyborach, to nie głosują zgodnie ze swymi interesami, ale na swoje aspiracje. Innymi słowy, spauperyzowany randroidalny Amerykanin, który oczyma wyobraźni chciałby widzieć siebie w upper class (choć z każdym rokiem podąża ku warstwie określanej jako underdogs), konsekwentnie głosuje za obniżką podatków dla najbogatszych i przeciw podatkowi spadkowemu, bo marzy mu się wciąż, że i on może pewnego dnia zostać miliarderem, a wtedy mogłoby to uszczuplić ów urojony majątek, który (ewentualnie) mógłby zostawić swoim dzieciom ;-)

Bardzo zabawny jest fakt, że na demonstracjach patriotycznych libertariańskich izolacjonistów, ostatnimi czasy licznie uczestniczących w konwentyklach Tea Party, pojawiają się niezmiennie osobnicy wznoszący nad sobą plansze z napisem I’m John Galt (główny bohater Atlasa, wzorcowy kapitalista, ciemiężony przez samo istnienie państwa i rządu oraz bezczelnego plebsu, który też chce zarabiać).

Tak jak bolszewicy utrzymywali, iż najlepszą receptą na stworzenie „nowego człowieka” i doskonałego społeczeństwa jest kolektywizacja, tak randroidy chciałyby prywatyzować i komercjalizować dosłownie wszystko. Mamy tu do czynienia z symetrią niemal doskonałą.

Randroidy kochają USA tą samą chorobliwą miłością, jaką fanatyczni komuniści kochali ZSRR, całkowicie ignorując rzeczywistość i zawsze opowiadając się po stronie tego „imperium dobra”. Amerykański Manifest Destiny jest dla nich jakby odpowiednikiem Manifestu Komunistycznego, choć następstwa odwoływania się do tego pierwszego są równie fatalne, jak szkody poczynione przez zapamiętałych zwolenników tego drugiego w jego prymitywnej bolszewickiej interpretacji - ta symetria jest chyba nieprzypadkowa. Choć zapewne, gdyby dziś spróbować napisać odpowiednik "Zniewolonego umysłu", to powinien on nosić tytuł "Umysł skorumpowany"...

Rzeczywistość randroidów nie interesuje. Poodbnie jak fanatyczni komuniści wielbili Kraj Rad, nie przyjmując do wiadomości, że ze zwolennikami robotniczej demokracji bolszewicy krwawo rozprawili się już w Kronsztadzie, a w stworzonym przez nich „Raju Krat” mafijne rządy sprawowała partyjna nomenklatura i służby specjalne, czyli dominowała skrajna forma etatyzmu, tak wielbiciele neoliberalizmu podziwiają amerykańskie „wolności” nie bacząc na to, że dawno zostały one zdemontowane za sprawą tzw. ustaw antyterrorystycznych, że USA mają największą ilość więźniów na świecie i że system gospodarczy narzucany światu na mocy tzw. „konsensusu waszyngtońskiego” okazał się gigantyczną katastrofą. Nie budzi też ich wątpliwości „modelowa demokracja”, w której o rezultacie wyborów przesądza wysokość wpłat na kampanie partii i kandydatów – nie różniących się zanadto w sprawach rzeczywiście istotnych.

Randroidy są na swój sposób religijne – ich bóstwem jest Mamon. Jest on nie tylko patronem finansistów, ale także (jak grecki Hermes i rzymski Merkury) – handlarzy i złodziei…

Wysyp randroidów w Polce w ostatnich dwóch dekadach to swoisty fenomen. W społeczeństwie, które tak chętnie deklaratywnie odwołuje się do tradycyjnych i podobno chrześcijańskich wartości? Dziwactwo konserwatystów polega m. in. na tym, że głosząc potrzebę odnowy moralnej i religijnej, zdają się nie dostrzegać, że to właśnie kapitalizm (nazywany dziś tyleż powszechnie, co bezpodstawnie „wolnym rynkiem”) najskuteczniej niszczy więzy rodzinne i społeczne, za nic ma dobre obyczaje, stale wykorzystuje instrumentalnie seks dla zwiększenia wskaźników sprzedaży, do cna dewastuje naturę, sztukę sprowadza do tandetnych wytworów „przemysłu rozrywkowego”, w tzw. infosferze stale epatuje przemocą i brukowymi sensacjami, zaś wszechobecna reklama jest jeszcze bardziej natarczywa i skuteczna niż przejawy propagandy minionych totalitarnych ustrojów.

Randroidy są oczywiście martwe, choć same o tym nie wiedzą. Czy można tchnąć w nie życie? I czy można je jakoś uczłowieczyć? Nie podejmuję się odpowiedzi na to pytanie. Na pewno jednak trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że wciąż ich przybywa pod wpływem coraz bardziej psychopatycznych wzorców postępowania rozpowszechnianych przez media pozostające pod kontrolą wielkich korporacji i elit finansowych, które to elity starają się dla własnych interesów wywierać wpływ nie tylko na życie polityczne, ale i społeczne. Próbując poddawać nas wszystkich nieustannej cierpliwej tresurze i niemal niedostrzegalnemu praniu mózgu, które ma na celu wykorzenienie zdolności do samodzielnego myslenia, a przede wszystkim zawieszenie elementarnych norm etycznych w imię doraźnej "efektywności" i wzrostu gospodarczego pojmowanego jako dobro absolutnie nadrzędne.