Odmiany niebytu




Muszę przyznać, że szczególną niechęć budzi we mnie używany ostatnimi czasy bez opamiętania czasownik: zaistnieć. Tak bardzo chciałbym (chciałabym / chcielibyśmy) zaistnieć... - mawiają nie tylko początkujące piosenkarki czy aktorzy, ale także liderzy ugrupowań politycznych. Owo zaistnienie oznacza przedostanie się do zbiorowej świadomości, a ponieważ najszybciej można to w dzisiejszych czasach osiągnąć przy pomocy mediów, a przede wszystkim telewizji, przeto owe supliki o wyrwanie z niebytu, owe tęskne westchnienia zdają się być skierowane do sfery mass - mediów. Jest to rodzaj współczesnej modlitwy, jak w dawnym rysunku Andrzeja Mleczki, na którym ponad tłumem wznosi się pojedyncza plansza z napisem: Boże, tu jestem!

Owo wezwanie: "dostrzeżcie mnie" jest szczególnie wyrazistym syndromem pewnej fiksacji na punkcie popularności. Osoby tak bardzo łaknące zaistnienia gotowe są popełnić każdą podłość, ba, nawet zbrodnię, byle tylko mieć swoje "pięć minut". I nie jest to przypadłość aż tak znów nowa. Przecież to samo skrzywienie mentalne kazało niegdyś Herostratesowi podpalić świątynię Diany w Efezie. Przypomina się tu także mit Narcyza. Jemu wszakże wystarczało lustro wody w jednej sadzawce. Dziś jedno lustro to za mało. Ale czy przeglądając się w milionach zwierciadeł można dostrzec w nich coś innego, niż własne odwrócone odbicie? Nawet jedno lustro zniekształca, a obraz jaki powstaje, gdy jest ich zbyt wiele przypomina jarmarczny efekt gabinetu krzywych zwierciadeł. Warto pamiętać także zakończenie starego helleńskiego mitu i koniec jaki spotkał Narcyza, gdy nazbyt zapatrzył się we własne odbicie, niebacznie tracąc równowagę i kończąc swój żywot krótkim pluskiem.

Dobre sobie, zaistnieć... To doprawdy niezwykłe, jak wiele energii skłonni są poświęcić niektórzy ludzie, by ów cel osiągnąć. A przecież pojawienie się na ekranach odbiorników w postaci widmowego cienia, ot, wiązki elektronów (jakże to groteskowy i skarłowaciały odblask cieni ze ścian platońskiej pieczary) w żaden sposób nie da się porównać z doznaniami, jakich dostarcza nam realna egzystencja. Nieodparta ochota by ujrzeć swoje nazwisko w druku czy swoją fotografię powieloną w tysiącach egzemplarzy, ma być może pewien wymiar magiczny, ewokując iluzję, jakoby zwielokrotnienie konterfektu mogło zapewnić zwielokrotnienie egzystencji, przenosząc ją w inne wymiary. Bogać tam! Każdy z nas jest przecież - wedle określenia Witkacego - Istnieniem Poszczególnym, jedynym w swoim rodzaju, unikalnym i niepowtarzalnym. Co więcej, osoby które już ową popularność osiągnęły niemal bez wyjątku wzdychają za rajem utraconej prywatności i trudno wątpić w ich szczerość. Ilekroć zatem słyszę z ust jakiejś nieszczęsnej istoty: ach, pozwólcie mi zaistnieć... mam ochotę zawołać - O czym ty mówisz? Przecież istniejesz, aż nadto namacalnie, a jeśli nie wierzysz, uszczypnijże się boleśnie w d..., albo poproś kogoś, by to zrobił za ciebie, jeśli nie starczy ci determinacji.

* * *

Przyjęło się określać prasę jako "czwartą władzę". Jest to dziś jednak sformułowanie dalece nieprecyzyjne. Lokuje się ona bowiem w tej hierarchii znacznie wyżej, wywierając ogromny wpływ na władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Jest zatem co najmniej drugą władzą - pierwsza należy do tych, którzy są właścicielami medialnych koncernów, decydując pośrednio o tym kto będzie pełnił (nominalnie) funkcje władzy w jej trzech tradycyjnych segmentach. Decydując także o tym, jakie to ekwiwalenty rzeczywistości będą nam serwowane, a ponieważ owe substytuty w coraz większym stopniu rzeczywistość nam zastępują, jest to swoiste kreowanie świata. I cóż, że na wskroś nieprawdziwego (choćby poprzez swoją wycinkowość) skoro większość odbiorców wierzy w obiektywizm tych przekazów...

Mamy tu zatem do czynienia z władzą o kolosalnych możliwościach oddziaływania, a przy tym zupełnie uwolnioną od jakiejkolwiek odpowiedzialności (i tylko w tym aspekcie można dziś chyba mówić o "wolności prasy"). Codziennie podaje się nam gotowy obraz świata i okolic, zręcznie przyrządzony, niepozbawiony smakowitych ingrediencji, obficie podlany sosem niby to obiektywizmu. Odbiorcy pozostawia się nawet odrobinę (ale tylko odrobinę) miejsca na samodzielne wyciąganie wniosków. A że można je wyciągać tylko na podstawie otrzymywanego zasobu informacji - to już inna sprawa. W ogóle nasze media - swoją drogą, cóż to za piękne i właściwe określenie, rzeczywiście, ciągle pełnią one rolę pośredników między światem realnym, a zaświatami władzy, wywołują różne duchy i widma, a przy tym straszą nieledwie końcem świata, jeśli nie zaakceptujemy istniejącego porządku - tak więc nasze media pełnią dokładnie tę samą rolę propagandową, co w minionym systemie. Jedyną istotną różnicą jest rozpisanie na różne głosy partii solowych ze starych partytur.

Niezwykle ciekawym zjawiskiem w tej osobliwej polifonii jest fakt stadnego podejmowania przez media tych samych tematów. Sprawia to wrażenie jakby dobór tematów dnia czy leitmotivu tygodnia był dziełem jakiejś tajemniczej "super-redakcji", która ustala repertuar. Koordynacja jest tu wręcz godna podziwu. Czyżby była ona swoistym przedłużeniem "niewidzialnej ręki rynku"? Zjawisko to szczególnie rzuca się szczególnie w oczy w telewizyjnych serwisach informacyjnych. Wątpiącym polecam prosty eksperyment: proszę obejrzeć kiedyś tego samego dnia (osobiście ćwiczenie to przeprowadziłem wielokrotnie) wydania wiadomości w obu programach telewizji publicznej, TVN, i Polsacie. Praktycznie codziennie tematyka jest niemal identyczna, co więcej podobna bywa niejednokrotnie nawet kolejność w jakiej przedstawiane są poszczególne "newsy" (zwłaszcza w odniesieniu do wiadomości z kraju). Dotyczy to także prasy i radia (choć może nie jest to tutaj aż tak spektakularne). Nie podejmuję się wyjaśnić tego fenomenu, chciałbym jednak zapytać o jakiej konkurencji, o jakiej inwencji można tu mówić skoro ten sam zestaw tematów jest powielany przez wszystkie kanały informacyjne, zwykle zresztą w tej samej tonacji?

* * *

George Orwell, tworząc kapitalne pojęcie "nowomowy" wprowadził zarazem pojęcie "dwójmyślenia". Nawet ono pozostawiało jednak w swej upiornej dialektyce wcale spore regiony eksterytorialności. Bardziej odpornym pozwalało pozostawać sobą, zachować własną tożsamość, choćby tylko w najdalszych zakątkach świadomości. Trudno oprzeć się refleksji, że dzisiejszym manipulatorom powiódł się zabieg, który nie udawał się do końca totalitarnym propagandystom - zdołali oni doprowadzić do takiego stanu rzeczy, w którym przytłaczająca część populacji globalnej wioski całkowicie przyjmuje ich wizję świata, ba, nawet o sobie myśli w ich kategoriach. A przy tym pozostaje przeświadczona, że czyni to samodzielnie.

Victor Kemperer, autor monumentalnej pracy LTI (Lingua Tertii Imperii) poświęconej niezwykle wnikliwemu opisowi języka propagandy Trzeciej Rzeszy doskonale ukazał w swoim traktacie poziom znieprawienia języka niemieckiego, bądź co bądź języka wielkich filozofów i poetów, słynącego przecież z precyzji i rzeczowości. Na temat nazistowskiej machiny propagandowej powstały setki opracowań, poddających dokładnej egzegezie wypowiedzi Goebbelsa i artykuły publikowane w "Voelkischer Beobachter". Można by rzec, iż na ten temat wiemy już niemal wszystko. Znacznie gorzej przedstawia się sprawa z językiem "realnego socjalizmu", ale i on również doczekał się już swoich opisów (u nas choćby prace profesora Michała Głowińskiego).

Myślę, że odczuwamy szczególnie dotkliwy brak prób przychwytywania na gorąco tego, co dzieje się w infosferze obecnie. A potrzeba taka jest dziś bodaj większa niż kiedykolwiek przedtem... "Granice mego języka są granicami mego świata" - mawiał Ludwig Wittgenstein. Nasz świat kurczy się coraz bardziej. Język, niestety, także.