Studium samotności

O twórczości Charlesa Bukowskiego


Książki Charlesa Bukowskiego (1920-1994) - a za sprawą wydawnictwa Noir sur Blanc ukazało się ich dotąd w Polsce już kilkanaście - nie osiągnęły wprawdzie jakichś szczególnie imponujących nakładów, ale znalazły sobie wcale liczny krąg odbiorców, jak na pisarza opatrzonego przez krytykę etykietką "twórcy awangardowego". Bukowski w istocie osiągnął największą popularność w apogeum obyczajowej rewolty końca lat sześćdziesiątych, właśnie w kręgach, które rewolcie tej dały początek. Można wprawdzie mówić o nim, że jest reprezentantem undergroundu, ale nie należy przy tym zapominać, że jego regiony to zupełnie inne podziemia niż stylizowane artystyczne piwnice. Determinacja z jaką bronił swojej niezależności; niechęć do podążania utartymi koleinami; przeświadczenie, że nie można wyprzedawać własnej wolności w zamian za iluzoryczne poczucie sytości i bezpieczeństwa; demonstracyjna niechęć do akceptowania reguł wyznaczanych przez innych - wszystko to oznaczało, że problemy są nieuniknione.

Za sprawą doświadczeń wyniesionych z ringu, bo i w ten sposób próbował zarabiać na życie, wiedział, że nie da się wygrać żadnej walki przy pomocy samych tylko uników i krycia się za podwójną gardą. Miał naturę fightera - instynktownie wstawał po każdym upadku na deski, także wówczas, gdy czuł, że już za chwilę znajdzie się na nich ponownie. Nawet przyjaciele mawiali o nim, iż sprawia wrażenie faceta, który ma o jeden chromosom za dużo. Właśnie ta natura drapieżcy tak bardzo płoszyła oswojone, udomowione okazy z klas średnich, z których sam się przecież wywodził. Przez jakiś czas studiował historię literatury, miał spory zasób erudycji, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że dla pisarza bywa ona często najzwyklejszym balastem.

Szybko uświadomił sobie, że nie zdoła się utrzymać z pisania. Imał się różnych dorywczych prac fizycznych, oznaczających zwykle katorżniczą harówę do utraty sił. Po doświadczeniach z pracy w rzeźni i przy przeładunku, zajęcie listonosza mogło się w gruncie rzeczy wydawać nader korzystną odmianą. Pozornie, choć wytrwał przy nim najdłużej, bo pozostawiało mu sporo swobody. Później, gdy ni stąd, ni zowąd zyskał rozgłos i poklask, miewał wieczory autorskie zarówno w aulach szacownych uczelni, jak i w knajpach czy na estradach młodzieżowych klubów. Żądał sporych honorariów. Traktował to jako jeszcze jeden sposób zarabiania na życie. Tym występom towarzyszyły nierzadko skandale. Wiedział, że patrzą na niego jak na klauna czy linoskoczka, ale w końcu za to właśnie płacili. Więc kiedy już wychrypiał swoje obrazoburcze wiersze, chętnie zapewniał im dodatkowe atrakcje - gratis. Zyskiwało mu to nie najlepszą reputację, która jednak dobrze wpływała na wysokość nakładów jego książek. Pojął tę zależność szybko i przystał na nią bez specjalnych oporów. Bądź co bądź lepsze to, niż praca w rzeźni albo układanie podkładów kolejowych. Szpitale, więzienia i burdele - oto prawdziwe uniwersytety życia. Mam dyplomy wielu takich uczelni. Mówcie mi - Wasza Magnificencjo - wyznaje chełpliwie w jednym z opowiadań.

Kiedy zaczął wreszcie wygrywać, wygrywał wszystkie rozdania. Z rozbrającym uśmiechem literackiego szulera: oczywiście, gram znaczonymi kartami, proszę bardzo, sprawdźcie mi rękawy, zwiążcie mi ręce, a i tak zgarnę całą pulę. Tak, Bukowski bywa bowiem ulicznym żonglerem, jarmarcznym magikiem nie szczędzącym nam kuglarskich sztuczek, Houdinim wyzwalającym się z wszelkich więzów i pułapek. Spójrzcie tylko, zdaje się mówić, oto ja, utkane z białka perpetuum mobile, niezawodna maszyna do pisania, napędzana głodem, pożądaniem i tanią whisky, największy wynalazek tej zgangrenowanej cywilizacji.

To prawda, ocierał się i o high-life: Holywood, Beverly Hills, zapach wielkiej forsy, te rzeczy. W tym okresie powstał film Ćma barowa (Barfly) zrealizowany w roku 1987 według jego scenariusza, w którym sam wystąpił w jednej z ról epizodycznych. Doskonałe kreacje stworzyli w nim Mickey Rourke jako Chinaski i Faye Dunaway jako Wanda Wilcox. Sam Bukowski był zadowolony z tej ekranizacji, co biorąc pod uwagę jego wymagania stanowi pewną rekomendację. Natomiast samo Hollywood traktował z nieskrywana wzgardą i lekceważeniem. Z cynicznym grymasem lubił sprawdzać jak cienka jest warstewka pozorów, układności, ogłady w tak zwanych wyższych sferach. A w końcu i tak wracał do podrzędnych spelunek gdzieś w zakazanych dzielnicach. Reguły gry nie różniły się tam znów aż tak bardzo, a przynajmniej były jasne i przejrzyste. Miał swój zasób zwierzęcej odporności i to dawało mu swoisty handicap. No cóż, jakby nie było, nie sposób spaść z podłogi.

Jego proza wywodzi się z epoki jazzu, nie rocka. Przeniknięta jest atmosferą czasów Wielkiego Kryzysu lat trzydziestych i późniejszego okresu wojennych wyrzeczeń. Bukowski zaznał wówczas głodu, upokorzeń i nędzy, nie tak może ostatecznej jak ta, której doświadczył Orwell na brukach Londynu i Paryża, ale równie poniżającej. Wystarczy zresztą sięgnąć do wczesnego Steinbecka, by zrozumieć jak walczyło się wówczas o przetrwanie także na tamtym kontynencie, zdającym się tak wielu ziemią obiecaną. A jednak znajdziemy w tych powieściach ton jakiejś nostalgii za tamtymi latami uosabianymi przez Mae West i Humphreya Bogarta, za smakiem egzotycznych specjałów widywanych tylko przez szyby sklepowych witryn, za niklem i chromem drogich kabrioletów, które dawno już stoczyła rdza, wreszcie za zjawiskowymi pięknościami na wysokich obcasach i w cielistych pończochach, które wprawdzie rozkładały nogi równie chętnie, jak ich córki i wnuczki, ale zwykle kazały o to znacznie dłużej zabiegać - co przydawało im tylko powabu. Gdy zaś zaczął wreszcie wygrywać i na swojej starej, rozklekotanej maszynie do pisania wystawił sobie bilet wstępu do tego "lepszego" świata, okazało się, że tego świata już nie ma, że niepostrzeżenie i bezpowrotnie odszedł w przeszłość. So, everything comes too late - jak zaczyna się jeden ze starych jazzowych standardów...

W przeciwieństwie do wielu współczesnych pisarzy poddających swoich bohaterów gruntownej wiwisekcji i niestrudzenie sposobiących dla nich psychoanalityczne kozetki, z których złazi już tandetne obicie, uchodzące nie tak dawno za szczyt elegancji, Bukowski nie ma zwyczaju grzebać ani w świadomości, ani w podświadomości przedstawianych postaci. Woli czysty behawioryzm. Nie stroni przy tym od szczegółowych, nierzadko drastycznych opisów zdarzeń i zachowań, opatrując je zwięzłym, dosadnym komentarzem. W świetle kanonów politycznej poprawności Bukowskiego można by uznać za "szowinistyczną męską świnię", rasistę i homofoba. I nawet nie oszczędzono mu pod koniec życia tych inwektyw. Kulą w płot. Nie przypuszczali chyba, że zacznie się sam cenzurować.. Zdążył jeszcze posłać tej "bandzie kastratów" długi, pożegnalny bluzg, jeden z tych bardziej kunsztownych. Dobrze wiedział, że za tą powszechnie deklarowaną niby-tolerancją skrywa się w gruncie rzeczy zwykła obojętność, wyprana z wszelkich emocji, pusta i jałowa.

Zdumiewający jest fenomen nieoczekiwanego sukcesu Bukowskiego w okresie naporu "kontrkultury" u schyłku lat sześćdziesiątych. Przecież ta proza jest tak tradycyjna (nie tylko w sposobie narracji), że niemal anachroniczna. Znajdziemy tu przedziwny melanż wpływów Dostojewskiego i Scotta Fitzgeralda, Lowry'ego i Hemingwaya, Celine'a i Chandlera. Tak, właśnie Chandlera, choć bez całego sztafażu powieści kryminalnej, bez śladu jakiejkolwiek intrygi. Choć trzeba przyznać, że Bukowski prowadzi osobliwe gry narracyjne, tworzy fałszywe tropy, zwodzi, prowokuje, ironizuje, nie stroni od mistyfikacji i często nie wiadomo czy mówi serio, czy sprawdza czytelnika. I bardzo dobrze. Bo i czymże innym miałaby być literatura? Zwierciadlanym odbiciem rzeczywistości?

Henry Chinaski (pod tym czytelnym kryptonimem skrywa się ulubiony bohater Bukowskiego, krótko mówiąc - on sam) przypomina trochę Philipa Marlowe'a, który jednak nie trwoni czasu na rozwiązywanie zagadek typu "kto zabił", bo znacznie bardziej zaprząta go pytanie jak nie pozwolić unicestwić się samemu sobie?

W gruncie rzeczy Bukowski jest pisarzem bardziej europejskim niż amerykańskim. Nie, nie dlatego, że urodził się w Niemczech (opuścił ten kraj jako dziecko), ale dlatego, że cała jego twórczość wyrasta z tradycji, której początek dał już Francois Villon, a nie Thomas Wolfe, jak wydaje się niektórym ignorantom z kalifornijskich kampusów. Motyw wędrówki bez celu, który tak łatwo wpisuje Bukowskiego w nurt amerykańskiej "literatury drogi" jest doprawdy zwodniczy. Ten pisarz stąpa po innych bezdrożach, przemierza inne przestrzenie, nieznane dotąd żadnym kartografom, i sam sporządza ich szkice. Amerykańscy krytycy, z właściwą tej profesji obsesją szufladkowania, uznawali Bukowskiego za kontynuatora i następcę Hemingwaya. Sam pisarz nie odżegnywał się od tych koneksji, więcej, uczynił je kanwą kilku swoich opowiadań, choć ze sporym ładunkiem ironii. Jakież znaczenie mają podobne klasyfikacje? Bądź co bądź, każdy pisarz mający naprawdę coś do powiedzenia jest niepowtarzalny.

Skoro jednak przyjmujemy tego rodzaju punkty odniesienia, to w twórczości Bukowskiego można znaleźć znacznie więcej analogii z Henrym Millerem. I rzecz nie w literackim sztafażu, nie w podobieństwach formalnych. Dokonując na sobie publicznej wiwisekcji, co poczytywano im za ekshibicjonizm, obaj ci twórcy zeszli na samą krawędź metafizycznej pustki, owej baudelaire'owskiej otchłani. Z ciasno oplatającej ich pajęczyny strachu i głodu, bólu i pożądania, gniewu i poczucia bezsensu potrafili jednak skręcić niezawodną linę, którą można przepasać się nad przepaścią i którą można rzucić innym wędrowcom stąpającym po tej niebezpiecznej grani.

I jeszcze jedno: wyziera ze stronic tej prozy jakaś wyjątkowo intensywna afirmacja życia, szczególnie jaskrawo widoczna w odniesieniu do kobiet, miłości i seksu. Nawet w naturalistycznych opisach najtajniejszych zakamarków kobiecego ciała przejawia się zachłanna fascynacja kobiecością, równie nienasycona i intensywna, jak w najpiękniejszych strofach piętnastowiecznej liryki prowansalskiej. Nie to jest bowiem najbardziej istotne, czy opiewa się różę wpiętą w suknię damy swego serca, czy jej cipkę.


Good cunt is the essence of life
, but almost impossible to find. Like the Holy Grail. It's the greatest quest for a man.


To samo słowo może być wulgarną obelgą, ale może też być pięknym miłosnym zaklęciem. Decyduje kontekst, intencja. Może się zmienić język i obyczaj. Najważniejsza pozostaje jednak czystość i intensywność uczuć. Innymi słowy: wiara, nadzieja i miłość. Tak, miłość. Ta, której świadectwem bywa bezwstydnie rozrzucona pościel zachowująca jeszcze ślady gorączkowej namiętności, ale także i ta niespełniona, znajdująca ujście w tworzeniu wyszukanych sonetów, w których vagina skrywa się pod imieniem róży.

Cóż, metafory nie mają aż takiego znaczenia, jakie zwykliśmy im przypisywać. Podobnie jak nie mają znaczenia rekwizyty, kostiumy i dekoracje. Liczy się tylko czas, który został nam dany. Czas skończony i umykający przed nami ruchem jednostajnie przyspieszonym. Głupcy uciekają przed tą świadomością w swoje niewyszukane rozrywki, w gromadzenie pieniędzy i przedmiotów. Zapominają, że wszystkim, co w istocie mamy jest biografia, umiejętność zapisania kolejnych dni, kolejnych czystych kartek, jakie kładzie przed nami życie. Kartka po kartce, i tak ad finitum. Nikt z nas nie zna zakończenia. Dlatego trzeba pisać tak, jakby każda kartka miała być ostatnią. Nic więcej.

* * *

Doskonale znał niemożność pisania, te bagienne obszary, na których próżno by szukać punktu oparcia, a każdy skrawek pewniejszego z pozoru gruntu okazuje się naraz trzęsawiskiem banalnych spostrzeżeń, płaskich frazesów, jałowych konstatacji. Niemal fizycznie odczuwał tę pustkę, to dojmujące poczucie bezsensu. Miał na to swoje własne patenty, proste i nieskomplikowane: odpowiednia dawka alkoholu przesłaniająca nadmierną ostrość widzenia i pozwalająca łatwiej chłonąć zapach niezbyt kosztownych perfum nie zanadto opierających się kobiet.

Kobiety. To już nawet nie osobny rozdział w jego życiu. To cała książka, pod tym właśnie tytułem, której pierwsze zdania brzmią następująco: Od czterech lat nie byłem w łóżku z kobietą. Nie miałem żadnych przyjaciółek. Kobiety widywałem jedynie na ulicy lub w innych miejscach publicznych... Po czym następuje trzysta stron poświęconych głównie opisom niezliczonej ilości zbliżeń z imponującą ilością partnerek. Powieść to, czy katalog? W każdym razie - jak widać - nie należy obawiać się następstw takiej, choćby i kilkuletniej, ascezy.

Kobiety fascynowały go i pociągały wciąż tak samo, z tą nieodpartą siłą, która staje się przekleństwem bezsennych nocy młodocianych prawiczków, a dojrzałych mężczyzn potrafi pozbawić ni stąd ni zowąd resztek instynktu samozachowawczego. W swojej ostatniej powieści zwięźle i autoironicznie spuentował te erotyczne obsesje:

Zacząłem gapić się na jej nogi. Nogi zawsze mnie podniecały. W końcu była to pierwsza rzecz jaką ujrzałem, gdy przychodziłem na świat. Tyle, że wtedy starałem się wydostać na zewnątrz. Od tamtej pory zawsze pchałem się w przeciwnym kierunku.

To prawda, bywa też Bukowski mocno irytujący. Sporo jego uwag o kobietach przypomina prostackie mądrości życiowe zawiedzionych nieudaczników z podrzędnego baru. Jakby nie wiedział, że rozstrzygających walk o kobietę nie stacza się wcale z innymi pretendentami do jej wdzięków, tylko z nią samą.

Niektóre czytelniczki mogą mieć Bukowskiemu za złe nadmierną dosłowność opisów. Pornografia - parskną. Pornografia? Jak słusznie zauważył swego czasu Cesare Pavese: Gdyby seks nie był najważniejszą rzeczą w życiu, Księga Rodzaju by się od tego nie zaczynała. Słusznie, choć większość bigoteryjnych świętoszek nie ma o tym bladego pojęcia, podobnie jak o istnieniu Pieśni nad Pieśniami.

Czyżby Bukowskiego rzeczywiście satysfakcjonował - jak to zmyślnie ujął Chamfort - przelotny kontakt dwóch naskórków? Nie sądzę. A jednak w tej grze - o coś więcej niż seks - nieustannie przegrywał. Iluż jednak facetów potrafiłoby dostrzec rzeczywiste proporcje sił w kampaniach bitewnych toczonych w odwiecznej wojnie płci  i otwarcie przyznać: To one, kobiety, myślą o nas w skupieniu, uczą się mężczyzn i podejmują decyzje - czy nas zaakceptować, porzucić, wymienić, zabić, czy po prostu opuścić.

* * *

Kobiety. Zachłannie wwiercamy się w ich ciała, zapamiętale wprasowujemy je w pościel, nieustannie podejmujemy wyprawy w ten trójkąt bermudzki u zbiegu ich rozchylonych ud, znajdując tysiące sposobów by skłonić je do uległości. Czegóż to tak desperacko szukamy? Spiesznego zaspokojenia? Zapomnianego smaku inicjacji? A może w najintymniejszych zakątkach ich ciał spodziewamy się znaleźć jakąś bardziej satysfakcjonującą odpowiedź na pytanie o sens narodzin i śmierci, niż ta najprostsza: że jesteśmy tylko bezwolnymi posłańcami w niekończącej się sztafecie genów, ślepymi wykonawcami zamysłów Natury. Po cóż zresztą opierać się magii tych bałamutnych obietnic, skoro nieopodal, w cieniu, przypatrując się owym porywom miłosnych uniesień (i opadnięć) czeka na swoją kolej ta najwytrwalsza, choć szpetna i pozbawiona złudzeń. Samotność. Ta zezowata dziwka niczego nie obiecuje, niczego także nie żąda. Tylko czeka, zawsze gotowa przesunąć się skwapliwie, pozostawiając nam zbyt wiele miejsca...

I to z nią u boku kończą zwykle nieprzejednani maksymaliści, którzy nigdy nie zadowolą się grą pozorów i żadnymi namiastkami. Tacy jak Henry Chinaski.





Appendix

Jednym z najciekawszych prozatorskich dokonań Bukowskiego jest zbiór opowiadań Na południe od Nigdzie. Jest on również ważną pozycją w niemałym dorobku translatorskim Lesława Ludwiga. Rzadko się zdarza, by tłumacz trafił na tak bardzo odpowiadającego sobie autora. Leszek tłumaczył wcześniej takie znakomitości, jak Henry Miller, Norman Mailer, Ursula LeGuin czy Salvadore Dali. Po lekturze Bukowskiego nie miał jednak żadnych wątpliwości: "to będzie moja najważniejsza robota... Słuchaj, to facet, którego za każdym razem czyta się inaczej. No, sam zobacz. "

O wielu aspektach twórczości Bukowskiego, o których mowa jest w szkicu powyżej, nieraz rozmawialiśmy z Leszkiem, gdy szukał klucza do tej twórczości, a tym samym klucza do najbardziej odpowiedniego przekładu. Był tym pisarzem obsesyjnie zafascynowany, wręcz zahipnotyzowany. Zdążył nawiązać z nim jeszcze kontakt korespondencyjny. Krótki, bo Bukowski był już bardzo zajęty umieraniem. O czym nie mieliśmy pojęcia, bo odpisując Leszkowi nie wspomniał ani słowem o chorobie. Wcześniej uszedł z życiem z kilku naprawdę poważnych zdrowotnych opresji, gdy lekarze stawiali już na nim krzyżyk. Może myślał, że uda się i tym razem?

Pamiętam dzień, w którym Leszek przyszedł przygaszony. "Wiesz, Bukowski nie żyje. Rak. To dziwne, ale wydawał mi się młodszy, znacznie młodszy. I jakiś taki, cholera, odporny. Może nawet niezniszczalny. Miałem go odwiedzić w podróży do Stanów. Wiedziałem nawet, co dla niego zabiorę, karton naszego piwa i parę paczek popularnych, żeby było przy czym pogadać. A teraz jakoś mniej chce mi się tam jechać..."

W kilka miesięcy później Leszek wyjechał na kilkudniowe seminarium do Indii. W dziwnych, nigdy nie wyjaśnionych okolicznościach uległ tam poważnemu wypadkowi. Doznał rozległych poparzeń i przez pięć długich dni umierał w prowincjonalnym szpitalu. Sam, zupełnie sam. Nigdy nie dowiem się, co w tych ostatnich dniach czuł, o czym myślał, czy zdawał sobie sprawę, że...

Na pierwszej stronie powieści Kobiety - ostatniej książki, której przekład Leszek zdążył ukończyć, mowa jest o podróży do Indii. Na ostatniej stronie powieści Pulp, kunsztownego pastiszu powieści sensacyjnych, który miał tłumaczyć jako następny, główny bohater ginie w płomieniach. Zdumiewająca klamra. A może tylko nawias, cudzysłów. Cóż, przypadek, powie ktoś, zbieg okoliczności. Zapewne, zapewne.

Tyle tylko, że literatura w jakiś sposób determinuje nasze losy w nie mniejszym stopniu niż kod genetyczny, jest w niej w gruncie rzeczy zapisane wszystko, jak w Gilgameszu, Odysei, Biblii. Przypomina talię tarota, cygańską kabalarkę, paznokieć chiromanty badający krętą linię życia.

Szkoda, że przyszło im spotkać się dopiero tam. Tam, gdzie może czekają na nas z paczką mocnych szlugów i flaszką zimnego piwa, popatrując wzrokiem znawców na długie nogi miejscowych anielic, a może nawet podskubując im obcesowo skrzydła... I chowając tam dla nas w zanadrzu niejedną jeszcze opowieść. Gdzieś tam, na południe od Nigdzie.